W październiku 2010 roku zdecydowałem się zakończyć swoją przygodę z boksem. Przez rok całkowicie odstawiłem boks. Później uzyskałem uprawnienia instruktorskie, a następnie sędziowskie. Prowadziłem różne grupy zawodnicze i, kiedy nadarzała się okazja, pełniłem funkcję sędziego na zawodach bokserskich.
W 2014 roku mistrzostwa Polski miały odbyć się w Sokółce, a ja wówczas mieszkałem w Białymstoku. Turniej był więc praktycznie na moim podwórku. Trzy tygodnie przed mistrzostwami brałem udział w turnieju jako trener dziewczyn, które przygotowywałem do mistrzostw Polski, które miały odbyć się tydzień wcześniej niż zawody panów. W trakcie tego turnieju spotkałem organizatora „moich” mistrzostw, Tomasza Potapczyka, który zdawał się wiedzieć, co chodzi mi po głowie. Zaprosił mnie do udziału, sugerując, że mogę pokazać jak się boksuje. Po krótkiej rozmowie postanowiłem wziąć udział.
Przed powrotem na ring musiałem w trybie ekspresowym przejść badania, zdobyć nową licencję, a tydzień przed startem miałem zobowiązania jako trener dziewczyn na ich mistrzostwach. Wszystko załatwiłem w półtora tygodnia, pozostawiając sobie zaledwie tyle samo czasu na przygotowania do walki.
Do mistrzostw w 2014 roku wykonałem zaledwie 9 jednostek treningowych, z czego ostatnia, przeprowadzona w dzień przyjazdu na miejsce zawodów, miała formę pracy z partnerem. Sześć treningów przeprowadziłem samodzielnie, dwa odbyły się z trenerem Piotrem Jankowskim na mistrzostwach kobiet, a jeden był treningiem zadaniowym w parach po przyjeździe na mistrzostwa.
Moja taktyka na te mistrzostwa była dość prosta: wywieranie ciągłego pressingu i w dogodnych sytuacjach kontrujące silniejszą ręką. Głównym celem było utrzymanie ciągłej presji, zdając sobie sprawę, że wielu zawodników jest w ciągłym treningu, a te mistrzostwa są dla nich głównym wydarzeniem w roku. Wiedziałem, że nie przypomnę sobie wszystkich odruchów sprzed przerwy, więc taki plan przyjąłem na ten turniej. Byłem świadomy, że będąc pod ciągłą presją rywala, łatwo o błąd który będę chciał wykorzystać.
Cztery lata przerwy, od października 2010 do października 2014 roku, nie ćwiczyłem w tym okresie, nie licząc tych dziewięciu jednostek przed startem. To było moje przygotowanie fizyczne do tego występu. Od momentu rozmowy z Tomkiem rozpocząłem przygotowania mentalne. Na początku miałem obawy, czy to dobry pomysł, ale ta myśl szybko zniknęła, zastąpiona przez inną – 'sprawdźmy, na co mnie stać’. Codziennie wyobrażałem sobie swoje przyszłe walki i to, jak w nich zwyciężam. Przed każdym snem kreśliłem różne scenariusze walk, zawsze kończące się dla mnie pozytywnie. Wizualizowałem całe otoczenie mistrzostw: przyjazd do Sokółki, spotkanie z innymi drużynami, atmosferę podczas ważenia, wizytę u lekarza, a także atmosferę na hali podczas walk. Podczas wyobrażeń starałem się poczuć klimat panujący na miejscu: gwar, śmiechy, krzyki, dźwięk gongu rozpoczynającego i kończącego rundy, a także ogłoszenia nazwisk zawodników. Z każdym dniem coraz bardziej pragnąłem już tam być. Nie narzucałem sobie presji, że 'muszę wygrywać’, lecz widziałem w swojej wyobraźni, jak realizuję to, co zaplanowałem, co skutkuje zwycięstwem.
Na tych mistrzostwach stoczyłem cztery walki. Pierwsza z byłym reprezentantem Polski, druga z aktualnym mistrzem Polski, trzecia z aktualnym wicemistrzem Polski, a finałowa z zawodnikiem z klubu aktualnego trenera reprezentacji Polski. Wygrałem trzy pierwsze walki, powodując niemałe zamieszanie i eliminując dwóch faworytów, co sprawiło, że aktualny mistrz Polski dzięki mnie nie zdobył nawet medalu. Walkę finałową przegrałem. Po obserwacji i analizie swojego ciała mogę z pewnością powiedzieć, że tą walkę przegrało moje ciało. Wychodząc do tego pojedynku kompletnie nie miałem sił. Kiedy unosiłem ramiona do gardy, miałem wrażenie, jakby rękawice ważyły każda po 15 kilogramów. Przy przemieszczaniu się miałem wrażenie, że mata ringu przysysa moje stopy. Walka nie była jednostronna, ale nie mogłem zrobić więcej. Na tamten moment to był mój maksimum. Moje ciało po prostu miało dość.
Przejdźmy zatem do mistrzostw w 2015 roku. Na mistrzostwach 2014, oprócz obitej twarzy, nic mi się nie stało. Po dwóch tygodniach odpoczynku pojawiłem się na sali treningowej i ćwiczyłem regularnie pięć razy w tygodniu. Przed mistrzostwami kraju wystartowałem w kilku turniejach, wygrywając każdy z nich. Nawet wziąłem udział w jednym zgrupowaniu reprezentacji Polski, gdzie ćwiczyłem trzy razy dziennie. Wszyscy poza mną mieli trening ranny i popołudniowy, a ja dodatkowo chodziłem wieczorami na basen, który był zlokalizowany w ośrodku.
Nadszedł czas na wyjazd do Szczecina, gdzie odbywały się mistrzostwa. Tym razem odpuściłem trening mentalny. Kompletnie nie wizualizowałem sobie tego startu. Wracałem myślami do poprzednich mistrzostw, uważając, że skoro wtedy, bez treningów, doszedłem do finału, to teraz, gdy trenuję regularnie i solidnie, nie będę miał problemu ze zdobyciem złota. Pierwszą walkę zwyciężyłem. Już podczas tej potyczki zauważyłem u siebie zupełnie inne podejście niż podczas Sokólskiego startu. Nie czułem w sobie potrzeby ani chęci do walki. Nie potrafiłem przekuć stresu wynikającego z walki na swoją korzyść. W drugiej walce spotkałem się z zawodnikiem, który chciał wygrać, i było widać, że jest pewny siebie. Mimo że próbowałem i robiłem co w mojej mocy, nie udało mi się wygrać tego pojedynku. W głowie podczas walki zamiast skupić się na pojedynku, miałem wiele innych myśli: „Co zrobię, jak wrócę do domu?”, „Co jeśli przegram?”, „Ile jeszcze do końca walki?”. Zamiast skupić się na aktualnej sytuacji, jaka miała miejsce w ringu, byłem myślami już w innym miejscu. Nie zależało mi znacząco na zwycięstwie, w porównaniu do mistrzostw z 2014 roku, gdzie sama walka nakręcała mnie mocno do działania. To były jedyne mistrzostwa kraju, w których wystartowałem, i nie przywiozłem medalu.
Te dwie sytuacje stanowią skrajne przykłady – w jednym przypadku postawiłem na nastawienie mentalne. Warto zauważyć, że przed przerwą miałem za sobą ponad sto walk bokserskich, i mimo że nie trenowałem samego boksu, prawie cały czas byłam z nim związany. Z perspektywy trenera, spojrzenie na walkę jest zupełnie inne oraz inne z perspektywy sędziego, dzięki temu miałem dużo bardziej obszerny obraz walki. Mimo że miałem tylko kilka treningów przed mistrzostwami, posiadałem rozległe doświadczenie w walce.
W drugim przypadku z kolei zdecydowałem, że nie będę tracić czasu na przygotowania mentalne i skoncentruję się wyłącznie na rozwoju fizycznym oraz odpowiedniej regeneracji. Jaki wniosek można wyciągnąć z tych dwóch sytuacji? Moim zdaniem jeden – w sporcie wyczynowym o charakterze wysokokontaktowym, takim jak boks, konieczne jest kompleksowe przygotowanie zarówno fizyczne, jak i mentalne. Jeśli postawisz tylko na głowę, ciało może nie wytrzymać – jak to miało miejsce w mistrzostwach 2014. Natomiast jeśli skoncentrujesz się wyłącznie na fizyczności, pomijając aspekt mentalny, możesz stracić motywację i chęć do walki – tak jak się stało w przypadku mistrzostw 2015.
NIE POPEŁNIAJ MOICH BŁĘDÓW!
Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe postaw mi kawę https://buycoffee.to/boksuj





